Grafika w grach wideo

Chciałem na początku wykuć trzon tekstu z ukochanego przez domorosłych pisarczyków frazesu: „Grywalność a Grafika”. Po chwili uznałem jednak, że nie ma co się ośmieszać. Niestety w międzyczasie powstał już zarys artykułu i jedynym co mi pozostało było spojrzenie na ten, przyznajmy – nieskończony temat z odrobinę innej strony.

Tym co dzisiaj najczęściej sprzedaje grę jest albo event dotyczący premiery – ogromna bomba będąca ukoronowaniem nadmuchiwanego parę miesięcy rozgłosu, albo też i sam rozgłos, niekoniecznie zwieńczony czymś dużym i jednorazowym. Ekipy zajmujące się promocją tytułu opierają go na kilku czynnikach – przede wszystkim dobrej grafice (wszelkie materiały reklamowe, od bannerów po trailery i plakaty są przecież, że tak powiem, wizualne), trochę potem wymieniana jest odkrywcza fabuła i/lub świat przedstawiony (ale tylko pod warunkiem, że będzie niecodzienny i znany niedzielnemu Graczowi naraz), od biedy można też sięgnąć po parę sloganów w stylu „Zemsta”, „Zmiana” bądź też „Uratuj”. Oczywiście sprawa staje się o wiele prostsza gdy dysponujemy prawami do użycia jakiegoś znanego w naszym świecie nazwiska. „Sid Meier, twórca sprzedających się milionach kopii i wielokrotnie nagradzanych gier” – to spodoba się każdemu, niezależnie czy wie czy też nie kim ów Sid miał przyjemność być i co osiągnął. A wracając do marketingu – sytuacja staje się banalnie prosta dopiero gdy promujemy sequel czegoś udanego. Wtedy możemy operować liczbami połączonymi z nieodległą przeszłością – łatwiej wówczas w statystyki uwierzyć.

Dzisiaj chciałbym skupić się na pierwszym z aspektów omówionych pokrótce wyżej. O grafice.

Wyścig twórców gier o osiągnięcie idealnie fotorealistycznej oprawy trwa w najlepsze od czasów stworzenia leciwego Ponga. Oczywiście, że jest przyjemnie spojrzeć sobie na coś co wygląda jak – no, okej – nasz świat a w rzeczywistości okazuje się być długą na osiem kilometrów linijką zer i jedynek. Intryguje to i pociąga. A także naciąga – w końcu nic tak jak gry nie nakręca rynku sprzętu komputerowego. Bez kolejnych wybitnych strzelanek nikt by nie spojrzał na nowsze wersje kart graficznych. Przy czym trzeba koniecznie obadać drugą stronę zagadnienia.

Jest bowiem taka zależność, że im więcej się nam oferuje, tym bardziej rozleniwieni się stajemy. I im mniej nam się chce, tym więcej chcemy wygód. Dawno temu nikomu nie przeszkadzało kalibrowanie taśmy. Nikt nie miał nic przeciwko klęczeniu przed konsolą przez dwadzieścia minut i oddawaniu cichych pokłonów ekranowi ładowania. Trochę potem nie dane było nam znać ani jednego Gracza, który narzekałby na długotrwałe instalacje bądź żonglowanie płytkami podczas rozgrywki. Wreszcie zaś doszliśmy do momentu, gdy wkurza nas nawet nie-tak-krótkie-jak-powinno (oczywiście w grę wchodzi minuta maksymalnie) logowanie do niesamowicie bogatej usługi sieciowej. Ten sam czynnik zachowań wpłynął też i na rozwój samych gier – przecież dzisiaj tylko największe nerdy z podnieceniem sięgają po remake’i lub ROMy gier z NESa albo jego równolatków. Reszta woli nowoczesne produkcje o – obowiązkowo – wysadzającej gałki oczne w głąb czaszki grafice.

Chcemy oglądać Niko, Altaira albo inne Lary w full HD – z wyrazistymi teksturami, super cieniowaniem i koniecznie tryliardami dodatkowych efektów (wśród których wymówienie nazw połowy powoduje zwichnięcie języka). Fani tych tytułów są w prostej linii spokrewnieni z maniakami kina masowego. Niekoniecznie złożona fabuła, wszystko podane jak na tacy, koniecznie efektownie.