Flower

Każdy z nas miewa ostre gniewy. Na pracę, na szkołę, na kumpla albo na spóźniony tramwaj. Niezależnie od pogody (chociaż białe niebo w kombosie z lekkim deszczem dodaje +20 do frustracji na dowolną sytuację) są takie wydarzenia, które potrafią ścieśnić każdy kołnierzyk a każdy plecak uczynić zbyt ciężkim. I zaczyna się nieprzyjemne. Co wtedy najlepiej zrobić? Pokój na klucz, torba na ziemię, krawat na klamkę (od zewnętrznej!) i odpalamy PS3. I gramy w jedyną chyba aż tak relaksującą grę we wszechświecie!

O Sony można powiedzieć bardzo wiele – począwszy od ich paskudnego przyzwyczajenia do czesania ogromnej kasy ze wszystkiego co robią skończywszy wreszcie na konsolowaniu wielu rynków na terenie calutkiego globu. I przyjemnie jest móc się zatrzymać i zauważyć, że gdzieś pomiędzy tymi ogromnymi trybami wyrósł malutki, amatorski wręcz projekt. Spostrzeżono go dopiero w końcowej fazie, postanowiono jednak wesprzeć tak ciekawie zapowiadający się rozkwit. I stało się też tak jak zażyczono sobie w wyściełanych jedwabiem gabinetach. Pośrodku nieskończonych aluminiowych paneli, gdzieś wśród światłowodów i rozgrzanych LCDków zrobiła się w wykładzinie mała dziurka przez którą wyjrzała tycia, czerwona główka bezimiennego kwiatka. I narodził się Flower!

Być może dałem się ponieść skojarzeniom, ale dokładnie tak wyobrażają sobie proces powstawania tego tytułu wszyscy, którzy zagrali choć w pierwszą planszę. Mamy bowiem do czynienia z relaksującą terapią, nie zaś z grą czystej krwi. Sterujemy wychyleniami kontrolera, dowolny przycisk lub ruch gałki odpowiada zaś za podmuch wiatru. Wiatr popycha przed siebie dzielny mały płatek, który rodzi się na parapecie zabieganego mieszkańca ogromnego, szarego miasta. Płatek ten śni o łąkach, które musi uratować przed zamienieniem się w surowe kamienie i uschłe drzewa. I latamy od kwiatka do kwiatka, każde zamknięte ich kółko powoduje inny efekt – zazielenienie się trawy wkoło, rozkwit drzewa, nagły desant mchu na głazy… Wygląda to uroczo, proste jest w obsłudze nieziemsko a i wciągnąć potrafi.

Całość emocji potęguje muzyka: ambientowo-relaksacyjna, ale z ciekawym patentem. Otóż każda dotknięta przez nas roślinka to dodatkowa nuta dodana do tła melodyjnego. Ot, stuknięcie w pianino, brzdęknięcie w harfę. Polecam przelecieć bardzo szybko przez długi ciąg kwiatów tej samej barwy – aż się dusza melomana raduje!

Czy jest jakakolwiek fabuła? Oczywiście. Przeżywając kolejne plansze zapoznamy się z mrożącym krew w żyłach konfliktem kwiatków z zakładem energetycznym. Te pierwsze chcą wolności, kolorów i słoneczka. Ten drugi dąży tylko do bezdusznego zelektryfikowania jak największego terenu znanego nam świata. Proste, klarowne, wieloznaczne i pasuje jak ulał do opowieści przedstawionej z punktu widzenia płatka kwiatu. A jest to płatek waleczny i wielce bohaterski – każda uratowana przez niego łąka jest ilustrowana kolejną doniczką ustawianą na parapecie naszego zabieganego mieszkańca miasta. Swoją drogą to ów parapet jest niczym innym jak menu poziomów.

Pierwsze „mapki” to oczyszczenie umysłu i zapomnienie o problemach, które nas dręczą. Dużo barw, pozytywne zmiany zachodzące w widzianym krajobrazie – uspokaja to i poprawia humor. Potem dochodzi aspekt samodzielnego doboru ścieżki do podążania (na przykład trzy ogniska smutnych kwiatków – tylko od nas zależy które zawiosennimy najpierw!), wreszcie zaś spotykamy się płatkiem w drut z naszym największym nemezis, ZŁĄ elektrownią! I nie, nie wygląda to aż tak dziwnie jak brzmi. Warto czujnie obserwować co się zmienia w menu, co się zmienia na kolejnych łąkach i jak Kwiatek ma zamiar sobie poradzić na samym finiszu. Obiecuję, że nie zwrócicie uwagi na infantylność scenariusza.

Co można o tym malutkim projekcie powiedzieć więcej? Moim zdaniem warto spróbować – kosztuje jakieś niewielkie pieniądze (koło 30 złotych), starcza na wymierną cenie ilość godzin (koło czterech) przy czym replayability jest ogromne – w końcu Flower nie odpalimy na hardkorową sesję ze znajomymi. Odpalimy go nawet i setny gdy będziemy chcieli się odprężyć (rada ode mnie – świetnie nadaje się jako tło do słuchania podcastów. Przy zbieraniu kwiatuszków naprawdę nie trzeba za wiele myśleć). Ale niech nie martwią się Ci, którzy kochają maksowanie tytułów – wszystkim prawdziwym mocarzom mogę podrzucić ciekawostkę – otóż gra obsługuje system Trofeów. I o ile te za przechodzenie mapek albo spędzony w grze czas to istny banał tak już na przykład znalezienie wszystkich Sekretnych Kwiatków jest dosyć karkołomne.

Nie uznaję Flower za największy z tytułów oferowanych drogą cyfrowej dystrybucji, nie staje on też w szranki z największymi wydaniami ostatnich miesięcy. Jest on jednak odkrywczy, ciekawy i na tyle przyjemno-kameralny, że stanowczo powinniście sami wyrobić sobie zdanie na jego temat. A nawet jeśli się Wam nie spodoba – gwarantuję, że pokocha go Wasza dziewczyna (/mama/żona). W końcu to kwiatki!

Plusy: Relaksująca, piękna opowieść, niecodzienność designu, ułuda wolności
Minusy: Jeśli ktoś nie pokocha tego stylu to już go nic nie przekona
Ocena: 9.0 Łączka, która uspokaja